Azja 2006
ROSJA.
Kraj ogromnej przestrzeni i długiej kolei. Przejechałem razem z moimi kumplami prawie 2/3
kraju, a jechaliśmy łącznie pociągiem ponad tydzień. Zwiedziliśmy główne atrakcje Moskwy,
oglądaliśmy drewniane chałupy w Tomsku i 10 dni biwakowaliśmy nad Bajkałem, gdzie jest
najwięcej słodkiej wody na świecie. Krotko zahaczyliśmy też o Ulan Ude.
MONGOLIA.
Kraj koni i stepów. W Ulan Bator byliśmy łącznie 3 razy. Pierwszy raz na
zapoznanie się z miastem, z przerwa na krotki wypad na stepy które wcale takie stepowe nie
były, ale Łukasz juz nie miał czasu, bo leciał do Polski. Tereny niestepowe nie okazały się
wcale takie niefajne, bo poznaliśmy dwóch kolesi z Mongolii, którzy studiowali w Polsce
(płynna znajomość naszego języka). Wróciliśmy do Ulan Bator aby pożegnać Łukasza, i juz
we dwójkę ruszyliśmy na podbój stepów - dwa tygodnie tułaczki po bezkresnych stepach z
własną "jurtą" (namiotem) i plecakami. Środki transportu mniej lub bardziej nam sprzyjały,
ale to była pestka w porównaniu z cudami natury jakie widzieliśmy. Po zrobieniu ponad
1500km wróciliśmy znów do stolicy skąd udaliśmy się juz na południe w kierunku Chin.
CHINY.
Kraj betonu. W Chinach zwiedzaliśmy razem Pekin i okolice (Wielki Mur). Pod
koniec rozdzieliliśmy się i aż do samego końca moja podróż stała sie samotna. Pingyao było
pierwszym moim przystankiem. Potem Xian gdzie widziałem armie terakotową. Następnie
Chongqing, miasto jak z "Batmana" skąd przez 3 dni spływałem statkiem po Jangcy i
malowniczych przełomach tej rzeki, aż w końcu wylądowałem w Szanghaju. Krótkie wypady
do pobliskich miast aż po krótkim odpoczynku w Xiamen dotarłem do Hong Kongu. Tam
zdecydowałem o dalszej wyprawie i przez Makao i kawałeczek Chin dotarłem do Wietnamu.
WIETNAM.
Kraj wody i szpiczastych kapeluszy. Tu zacząłem przygodę od wyprawy po
Halong Bay, potem zanurzyłem się w chaos ulicy Hanoi, ukoiłem roztrzęsienie w górskiej
Sapie i pływałem jak lokal na lodzi w Parku Narodowym Tam Coc. W Hoi An uszyłem sobie
nowe ciuszki i poznałem rodzinkę rybaków, w Nha Trang snurklowałem na rafie i piłem wino
z pływającego baru. W Dalat jadłem małże i kontemplowałem wodospady. W Sajgonie
otarłem się o wspomnienia wojenne i zakończyłem podróż po tym kraju w pięknym stylu,
zwiedzając niesamowitą deltę Mekongu i przekraczając granice na rzece.
KAMBODŻA.
Kraj starożytnych świątyń. Phnom Penh - stolica, tylko przez 1 dzień jest
dziwna, potem człowiek się przyzwyczaja i nie chce wyjeżdżać. Czekając na wizy zrobiłem
sobie wypad do Kampot skąd udałem sie na mini-safari do francuskiej opuszczonej górskiej
stacji Bokor. Hotel jak z horroru i bajeczny wodospad to tylko jedne z atrakcji. Resztę czasu
spędziłem buszując po świątyniach Angkor, największego kompleksu religijnego na świecie.
LAOS.
Kraj luzu i mnichów. Szkoda, ze w Laosie zobaczyłem tylko jedno miasto. Luang
Prabang, z klimatem tak luźnym, ze można zapomnieć o mijających szybko dniach. I nawet
taki nie meczy dwu dniowa podróż w gore Mekongu na rozdygotanej krypie...
TAJLANDIA.
Kraj uśmiechów. Tak mówią i tak jest. Uśmiechnięci lokale i uśmiechnięci
przyjezdni. Chiang Mai to wyciszenie w cieniu stupy, Bangkok to szal do pozna w rytmie
muzyki, a Ko Chang to ucieczka od wszystkiego co ziemskie i dotkniecie kawałka raju.
MALEZJA.
Kraj tkanin i multikultur. Byłem tu krotko, az prawie przelotem. Ale kupiłem
znów ubranka i na jednej ulicy byłem w czterech ośrodkach głównych religii na świecie.
Malezja pomimo, ze jest krajem muzułmańskim, jest chyba najbardziej tolerancyjnym ze
wszystkich krajów Azji. I wychodzi im to na dobre.
SINGAPUR.
Kraj nowoczesności i porządku. Najbardziej południowy kraniec kontynentu
azjatyckiego. I ja tu dotarłem. Lądem. Połknąłem to miasto jak chińskie nudle, choć za
spluwanie grozi tu kara grzywny.
(c) 2007 PAWEŁ ZAORSKI. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie zdjęć i innych materialow ze strony tylko za zgodą autora.